Kilka pozytywnych myśli na koniec kwarantanny

Kilka pozytywnych myśli na koniec kwarantanny

Kwarantanna bez wątpienia była czasem, który dużo zweryfikował w życiu wielu osób. Każdy z nas odczuwał ją i przeżywał na swój sposób, ale w tym odczuwaniu były też elementy wspólne. Niektórzy z nas bardziej się wycofali i zamknęli w sobie, inni przeciwnie – poczuli nagle ochotę żeby nawiązywać częściej niż zwykle interakcje z rodziną i przyjaciółmi. Niektórzy z nas (wśród nich i ja) poczuli nawet potrzebę do odezwania się do osób, z którymi już bardzo dawno nie mieli kontaktu żeby sprawdzić, czy wszystko u nich w porządku. Część z nich się odezwała. Część nie (w tym ja). O tym jaki mam stosunek do utraconych przyjaźni, czy ogólniej relacji też mam ochotę coś napisać (szczerze mówiąc tekst w tym temacie chodzi mi po głowie od półtora tygodnia więc myślę, że niedługo przysiądę i coś o tym napiszę). Ale, ale. Do rzeczy, bo dzisiejszy tekst miał być o sprawach przyjemnych, a mianowicie o pozytywnych stronach tego czasu spędzonego w domu, a konkretniej o tym, co fajnego odkryłam w sobie (i nie tylko) w czasie kwarantanny.

Jednak zanim przejdę do sedna…Zawahałam się pisząc poprzednie zdanie, bo mój wewnętrzny krytyk najpierw przyczepił się do słowa „fajnie”, a potem do całej koncepcji pisania o „fajnych rzeczach odkrytych w sobie”. Bardzo wyraźnie widzę u siebie te mechanizmy, które próbują zatrzymywać mnie przed chwaleniem się czymś, co po pierwsze jest bardzo osobiste i subiektywne, a po drugie nie jest niczym z kanonu rzeczy, którymi ludzie najchętniej chwalą się w naszych czasach, np.: sukces zawodowy, przebiegnięty maraton, otrzymane stypendium. Nasz świat bardzo skutecznie wbił nam do głów fakt, że jeśli już chwalić się czymś, to musi to być coś dużego. Bo przecież w puli sukcesów życiowych nie mogą obok siebie znaleźć się np.: awans i odkrycie tego co nas najlepiej relaksuje. A w zasadzie dlaczego? Jeśli to odkrycie wpłynęło na ciebie pozytywnie i czujesz się teraz inaczej niż wcześniej, to czemu masz uważać, że „aaa, to nic takiego, nie ma o czym mówić”? Myślę, że o takich bardziej osobistych, drobnych sukcesach, czy miłych odkryciach też należy opowiadać i je świętować, bo nasz świat dość skutecznie odebrał należną im wagę przestawiając światła reflektorów na rzeczy, które w ogólnie przyjętej dominującej narracji znaczą „więcej”.

W tym miejscu chciałabym napisać o paru z moich sukcesów / odkryć ostatnich miesięcy:

  1. Przestałam się malować. Na początku trochę dlatego, że mi się nie chciało i z powodu ogólnego przygnębienia panującą sytuacją, a potem już zupełnie celowo. Myślę, że ostatni raz tak długo nie malowałam się w czasach zamierzchłego gimnazjum (podobnie ma się rzecz z paznokciami, których również nie maluję już od ponad dwóch miesięcy). Zastanawiałam się czemu wcześniej nie zrobiłam tego eksperymentu. Wydaje mi się, że nakładanie makijażu stało się dla mnie czymś tak oczywistym, że nawet nie zastanawiałam się nad tym żeby przestać. Niebagatelną rolę odgrywa tu też zapewne kwestia związana z krzywdzącym przeświadczeniem, że mało która kobieta może się nie malować i wciąż wyglądać dobrze (a nawet – profesjonalnie), a jeśli się nie maluje, to albo dlatego, że ma idealną cerę, albo jest coś „nie tak” (np. jest chora) . Ja sama bardzo długo byłam przekonana, że moja twarz nie nadaje się do pokazywania jej bez makijażu. Ale z drugiej strony też, umówmy się, bez makijażu widywałam się w lustrze rano (a rano mało kto wygląda świeżo jak róża) lub wieczorem, gdy po zmyciu mejkapu ukazywała moim oczom w lustrze twarz zmęczona całym dniem. Nie są to momenty, które mogłyby pozytywnie wpłynąć na moją ocenę sytuacji. Nie miałam nigdy okazji w dorosłym życiu przyzwyczaić się do siebie niepomalowanej więc w mojej głowie pokutowało przeświadczenie, że skoro tyle lat już się maluję to tak już musi być (poza tym nie jest też tak, że wykonywanie makijażu nie sprawia mi przyjemności). Dzięki tym miesiącom odkryłam, że lubię swoją twarz bez makijażu, przyzwyczaiłam się do moich odwiecznych cieni pod oczami i okazjonalnie pojawiających się tzw. niedoskonałości. Trochę przypadkiem udało mi się wykonać bardzo duży (dla mnie) krok w samoakceptacji.
  2. Odkryłam jak przyjemna może być praca w ogrodzie. I to w takim naprawdę zaniedbanym ogrodzie. Tutaj nie będę się dużo rozpisywać, bo chciałabym przeznaczyć temu tematowi osobny tekst, ale jeśli ktoś jest ciekaw jak wyglądały moje wiosenne porządki ogrodowe i ogrodowe zachwyty, to zapraszam do obejrzenia jednej z moich zapisanych na instagramie relacji pt.: „plant lady”.
  3. Odpuściłam trochę różne fiksacje, które negatywnie wpływały na moje możliwości pracy, czy odpoczynku. Jedną z nich była nieumiejętność zajęcia się czymkolwiek w momencie, w którym miałam świadomość tego, że w kuchni leżą niepozmywane naczynia / nieposprzątane rzeczy. Pedantyzm? Jeśli tak to wybiórczy, bo jeśli chodzi o inne rodzaje bałaganu, to nie przeszkadzają mi one aż tak, a brudne naczynia sprawiały, że nie byłam w stanie jasno myśleć (wiem, brzmi dramatycznie, ale tak było!). W tej kwestii dużą rolę odegrał mój chłopak, którego podejście pt.: „możemy obejrzeć teraz do końca film, a posprzątać za godzinę, przecież nikomu nie stanie się krzywda” w końcu mi się udzieliło. Cieszę się, bo choć oczywiście nie planuję teraz z tej okazji zarosnąć brudem, to zdaję sobie sprawę z tego, że są i będą w moim życiu takie momenty, w których będę musiała zająć się pilnie czymś innym (albo pozwolić sobie odpocząć) i nie powinnam wtedy czuć się źle tylko dlatego, że w zlewie stoją dwa brudne garnki. Bez przesady.
  4. Jeszcze lepiej niż wcześniej doceniam drobne, piękne rzeczy, takie jak niedawno kwitnące bzy i dopiero co rozkwitające jaśminy (myślę, że przy doborze okładek moich postów zadziałała moja podświadomość niezmiennie zachwycona wiosną), ale też drobne życzliwe gesty przypadkowo spotkanych ludzi, czy poczucie solidarności w tym trudnym czasie, jakie dawały mi różne bardzo mądre dziewczyny, z którymi mam kontakt na instagramie (wielką radość i motywację do dalszego tworzenia dawały mi też wszystkie wiadomości i komentarze, które dostawałam w związku z moimi rysunkami tworzonymi w czasie pandemii, które publikowałam na moim koncie – czasem jedno zdanie „hej, też tak czuję!” może wywołać bardzo wiele dobrych emocji).
  5. No i oczywiście…odważyłam się pisać więcej w internecie i postanowiłam założyć tę stronę. I bardzo mi z tą decyzją dobrze.

Myślę, że jeszcze znalazłoby się parę rzeczy do dopisania do tej listy, ale wybrałam te, które wydają mi się teraz najważniejsze. Chętnie poczytam o odkryciach innych więc jeśli ktoś ma ochotę podzielić się swoimi przemyśleniami – zapraszam do komentowania!

Komentarze