O relaksie

O relaksie

Jakiś czas temu w paru miejscach w Internecie natknęłam się na hasło mówiące, że odpoczynek to rewolucja. Zatrzymałam się nad nim na początku po prostu dlatego, że „dobrze brzmi”, ale potem zaczęłam zadawać sobie pytanie o charakter tej rewolucji odpoczynku.

Sam koncept odpoczynku brzmi jak coś nad czym raczej nie da się długo myśleć. Przecież każdy z nas wie jak lubi odpoczywać, wie jaki typ relaksu sprawia mu przyjemność. Jednak czy na pewno jest to takie proste? Co innego przecież wiedzieć co się lubi, a co innego umieć i móc odpoczywać tak żeby przynosiło to nam faktyczne korzyści. Czy w obecnych czasach, z wciąż przebodźcowanymi głowami, z kultem produktywności zaglądającym nam przez ramię, w ogóle jesteśmy w stanie odpoczywać? Wzrastamy w świecie, który uczy nas, że nawet nasz odpoczynek musi być produktywny. Przecież to takie imponujące, że w wolnym czasie uczysz się dla przyjemności rzeczy, które kiedyś mogą się przydać, odhaczasz kolejne muzea z listy miejsc do zwiedzenia w danym mieście, czy powtarzasz słówka z języków obcych. Potem możesz powiedzieć znajomym, że „tyyyle rzeczy udało ci się zrobić na wakacjach”. Jednak gdzie w tym wszystkim jest chwila na pobycie tylko i wyłącznie z własną głową, na próbę wyzerowania prędkości przeskakujących wciąż myśli? Sama bardzo lubię zwiedzać i dostarczać sobie w ten sposób nowych pięknych wrażeń, z kolei mój chłopak jest typem lubiącym uczyć się dla przyjemności różnych rzeczy związanych z branżą, w której pracuje. Od pewnego czasu jednak coraz bardziej zaczynam zauważać w sobie potrzebę zapewniania sobie pogłębionego odpoczynku umysłowego. Poczucia, że nie skupiam się na stu myślach na raz, wrażenia, że rozgrzane węgielki w mojej głowie stygną. Bo przecież nie zawsze musi być tak, że mamy zaplanowane pięćdziesiąt różnych rzeczy do zrealizowania. Nasza produktywność, a co dopiero produktywność w czasie wolnym nie powinna definiować nas jako ludzi. Czasem można spróbować pozwolić sobie po prostu być ze sobą i swoimi emocjami, bo to samo w sobie jest wartościowe. W tym kontekście mój wyjazd na wieś i umysłowy reset zapewniony przez nieustanny kontakt z naturą był bardzo dobrym pomysłem.

Ale, ale, bo można mówić ogólnikami o tym pogłębionym odpoczynku umysłowym, ale co to może znaczyć? I co można robić na wsi żeby tego doświadczyć? Zaraz napiszę jak ja sobie radzę z tym zagadnieniem.

Odpoczynek głowy powinien stać w kontrze do tego, czym nasze umysły są zasypywane codziennie, czyli w kontrze do multitaskingu. I nie chodzi tylko o multitasking, którego może od człowieka wymagać praca. Chodzi też o multitasking, który czasem nieświadomie wykonujemy kiedy myślimy, że odpoczywamy. Komu zdarzyło się czytać książkę i jednocześnie co parę minut zerkać na instagram, czy odpisywać na wiadomości znajomych? Myślę, że nie tylko mi. Tymczasem żeby nasza głowa miała szansę odpocząć i żebyśmy my czerpali z naszego czasu wolnego realne zdrowotne korzyści, należy postarać się skupić przez dłuższy czas na tylko jednej czynności. Brzmi banalnie, zwłaszcza jeśli mamy do przeczytania ciekawą książkę, ale w praktyce wcale nie jest takie łatwe. Nasze mózgi tak bardzo przyzwyczaiły się w obecnych czasach do pędzenia przez autostradę myśli 200km/h, że nagłe wyhamowanie wydawać się może dla nich nienaturalne. Jednak warto próbować i to praktykować (nie tylko podczas wyjazdów!). Będąc na wsi umówiłam się sama ze sobą, że codziennie po śniadaniu będę siadać przed domem z książką i czytać tylko ją, a nie ją i wiadomości od znajomych (nie ukrywam, że brak wifi był tu dodatkowym ułatwieniem).

Innym fajnym sposobem na odpoczynek dla głowy jest pójście na spacer i próba odwrócenia swojego spojrzenia od wnętrza naszych głów, na zewnątrz. Można powiedzieć w tym miejscu – „ale jak to, przecież idąc patrzę przed siebie i widzę gdzie idę”. Owszem, ale nie zawsze faktycznie widzi się to, co jest dookoła nas. Często bywa tak, że wychodząc na spacer wychodzimy pospacerować z naszymi myślami, które skutecznie utrudniają skupienie się na tym, co jest tu i teraz. Zamiast patrzeć do wnętrza naszych głów postarajmy zakotwiczyć się na zewnątrz. Przyjrzyjmy się kształtom liści na mijanych drzewach, ptakom spacerującym wzdłuż drogi, usłyszmy dokładnie szum wiatru. Po prostu bądźmy w danej chwili. Wieś jest idealnym miejscem, do trenowania tego typu spacerów (choć oczywiście i w mieście można próbować!), bo nie jest w stanie przeszkodzić nam prawie nic. Tam gdzie ja byłam samochód przejeżdżał główną drogą może trzy razy dziennie, a mieszkający tam ludzie byli tak zajęci swoimi sprawami, że w zasadzie prawie się ich nie spotykało podczas takich wędrówek. Tylko droga, drzewa przy drodze i pola. I spokój.

Jakkolwiek nie jestem wielką fanką uprawiania sportów, to jednak dostrzegam jego zalety. Jedną z nich jest właśnie możliwość dania swojemu ciału wypoczynku, tylko tym razem aktywnego. Jadąc rowerem przez wiejskie drogi czułam nie tylko wrażenie swego rodzaju wolności, ale też radość z tego, że jestem młoda, mam sprawne nogi, które mogą mnie wieźć (tym rowerem) gdzie tylko zapragnę. Uprawianie sportu może być dobrym momentem na docenienie swojego ciała i zadbaniem o nie. Podobnie ma się rzecz z bieganiem (zaczęłam na wsi biegać, choć nie sądziłam, że kiedykolwiek taki moment nastąpi, bo miałam wrażenie, że mam zbyt mało siły na tego typu wysiłek) – stopy niosą nas gdzie tylko chcemy, a my mamy chwilę, by poczuć dokładnie jak pracuje ta piękna machina, która jest naszym ciałem. Może nawet lepiej niż w przypadku jazdy rowerem można skupić się wtedy tylko na jednej rzeczy. Być ciałem, a głowie dać odpocząć.

Na koniec chciałabym jeszcze raz podkreślić jak ważny jest odpoczynek i umiejętność pozwolenia sobie na taki wartościowy relaks choćby raz na jakiś czas. Bycie produktywnym jest fajne (póki miesci się w zdrowym spektrum) i z pewnością częściej niż takie „nicnierobienie” przynosi poczucie dumy i samozadowolenia. Jednak może powinniśmy spróbować być również dumnymi z tego, że potrafimy dać sobie odpocząć?

Komentarze