O relacji z ciałem

O relacji z ciałem

Na pierwszym zdjęciu czułam się goła. Na drugim ubrana, mimo że miałam na nim mniej rzeczy na sobie niż na tym pierwszym. Piszę o ciele rzadko choć w mojej głowie mierzę się z tym tematem dosyć często. Stworzyłam ten tekst zachęcona ciałopozytywną akcją prowadzoną na Instagramie przez Anię Lalkę (@anialalka) „cielesne lato”. Akcja ta ma na celu zachęcenie do nawiązania lepszej relacji ze swoim ciałem, zwłaszcza teraz, w okresie letnim (po więcej szczegółów zajrzyjcie do Ani!).

Od pewnego czasu już mam znacznie zdrowszą relację z własnym ciałem niż kiedyś. Bywało, że jako kilkunastolatka patrzyłam na siebie i czułam rozpacz. Z powodu zmian alergicznych na dłoniach i na twarzy, z powodu cienkich włosów, z powodu, w niektórych okresach życia, bardzo nieproporcjonalnego ciała (mając 18 lat od pasa w górę mogłam nosić S, podczas gdy od pasa w dół L – diluj w takich układach z kupowaniem spodni), bardzo widocznych żylaków na nogach (jestem porządnie obciążona genetycznie w tym aspekcie i od 17 roku życia musiałam przechodzić już 3 na-nożne zabiegi), które z tego powodu puchły, bolały, drętwiały i „rwały” i generalnie odbierały chęć do życia. Teraz mimo tego, że w ciągu ostatnich paru lat przytyłam kilka kilo i w którymś momencie zobaczyłam na wadze liczbę, której nigdy wcześniej nie widziałam, to traktuję moje ciało zupełnie inaczej niż kiedyś. Z większą czułością, powiedziałabym. Półtora roku temu zaczęłam chodzić na siłownię, ale nie z nienawiści, tylko najpierw trochę dla rozrywki, z koleżanką, a potem dlatego, że po prostu zaczęło mi to sprawiać przyjemność, lubiłam ten cały proces wychodzenia tam i czucia miłego zmęczenia, ale i siły w ciele (pandemia niestety przerwała mi tę przygodę). Ale, ale, żeby nie było zbyt różowo – jest taka rzecz, z którą mimo całego mojego ciałopozytywnego zwrotu mam problem. Mianowicie noszenie w mieście krótkich spodni, spódnic, sukienek, a do tego jeszcze gołych ramion. Pamiętam jak na drugim roku studiów przyjaciółka powiedziała mi: „jeśli nie będziesz teraz nosić krótkich spódnic, to kiedy?”. Jestem pewna, że już nawet nie pamięta, że to powiedziała, a mnie to wtedy tak bardzo uderzyło, że pamiętam to do teraz. Tak bardzo szokujące dla mnie było to, że ktoś mi zasugerował, że ja też mogę się bardziej latem odsłonić.

Widzicie, obiektywnie nie mam nic przeciwko takiemu odsłanianiu. Jednak kiedy sama to robię często mam wrażenie, że moje ciało przestaje „należeć” do mnie. Czuję spojrzenia (najczęściej oczywiście męskie) na sobie, czasem po prostu je łapię i jakoś nie jestem w stanie powiedzieć sobie „patrzy się, to jego problem”. Prawdopodobnie jest to wynikiem różnych kiepskich doświadczeń, kiedy słyszałam niewybredne komentarze pod swoim adresem, kiedy akurat miałam bardziej „odsłonięty” outfit. Zawsze budziły taki lęk, że po prostu przestawałam się nosić w konkretny sposób. Nigdy nie zapomnę sytuacji, w której pewnego upalnego dnia, jakieś dwa lata temu gdy wracałam z basenu w trochę bardziej kusej kiecce przez jakieś 500m dreptał za mną około 35letni facet wyglądający na zupełnie trzeźwego i zwykłego gościa, i z bezpiecznej odległości 3 metrów rzucał pod nosem „ale ta k**wa się ubrała, taka tłusta i w takiej sukience, powinna wracać do domu”. I tak w kółko. Był środek dnia, ale prócz nas na chodniku nie było nikogo. Możecie się domyśleć jak waliło mi serce. Totalnie zgadzam się z tym, że powinnyśmy i powinniśmy ubierać się (zwłaszcza latem) tak żeby ciału było jak najlepiej, jak najzdrowiej i nie przejmować się, że ta, czy inna fałdka albo włoski skądś nam wystają. Jednak próby takiego psychicznego zawładnięcia naszym ciałem przez obce osoby nadal są dla mnie, jak i zapewne dla wielu kobiet, po prostu trudne. Myślę, że nie ma żadnej prostej rady rozwiązującej ten problem, ponieważ zarówno takie zachowania wychodzące najczęściej od mężczyzn oraz wrodzony strach kobiet przed tym, że mogą doświadczyć przemocy psychicznej lub fizycznej są głęboko zakorzenione w patriarchalnej kulturze, w której przyszło nam wszystkim żyć. Wiąże się to oczywiście także z wywodzącymi się z tej kultury kanonami piękna. I w tym wszystkim leży również towarzyszący wielu z nas taki, czy inny problem z ciałem. Jest to wybuchowa mieszanka, a jedynym sposobem, by ją ogarnąć jest edukowanie siebie oraz innych w temacie tego, jak wygląda i jakimi schematami żyje kultura, w której się wychowaliśmy. Każdy i każda z nas powinien mieć wyłączne prawo do swojego ciała, do tego jak się wygląda, co się nosi, etc. Narzucanie innym swoich przekonań odnośnie tego jak powinno się wyglądać lub do czego powinno się używać swojego ciała jest niewłaściwe. Stanowi to naruszenie granic drugiej osoby. Nie powinnyśmy i nie powinniśmy zgadzać się na podtrzymywanie narracji, według której ciało powinno dopasowywać się do z góry narzuconych norm, czy kanonów. W mojej zupełnie subiektywnej opinii jest tak, że nie ważne jak wyglądamy - ważne jest to, czy jest nam w naszym ciele dobrze, czy o siebie dbamy i czy staramy się zachowywać zdrowie. Ciało mamy tylko jedno i najważniejsze powinno być to, czy przeżyjemy życie w zgodzie z nim, a nie w ciągłej walce.

Komentarze