O maskach, które zakładamy przy innych

O maskach, które zakładamy przy innych

Chciałabym pisać tutaj więcej o relacjach międzyludzkich i mam nadzieję, że mi się to uda, bo to temat, który mnie bardzo interesuje i zajmuje często moje myśli. Póki co trochę zwolniłam z ilością dodawanych postów (ci, którzy tu zaglądają zapewne to zauważyli). Myślę, że to kwestia lata. To taka pora roku, która przynajmniej u mnie nie wpływa pozytywnie na myślenie kreatywne. Jestem chyba trochę bardziej skierowana do zewnątrz, ku gorącu dni, a mniej ku tu mojej własnej głowie. Latem płynę przez dni, chłonę kolory.

Dziś jednak chciałabym napisać o czymś, co ostatnio parę razy przemknęło mi przez głowę więc stwierdziłam, że zanim mi ucieknie, to sobie to zapiszę. A może i komuś tam po drugiej stronie ekranu ta myśl się przyda. Rzecz dotyczy masek, które przyjmujemy, czy wkładamy (nie, nie tych covidowych!) w towarzystwie konkretnych osób.

Nie jest niczym nowym fakt, że w obecności różnych ludzi zachowujemy się w różny sposób. Zakładamy różne maski. Maski nam pomagają, przynajmniej w znacznej mierze. Są sprawdzonym sposobem funkcjonowania w danej konwencji. Pomagają poruszać się w sieci relacji. Ale czy na pewno zawsze działają na naszą korzyść? Byli i nadal są w moim życiu ludzie, z którymi z różnych powodów od czasu do czasu się widuję choć spotkania te nie zawsze należą do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych. Ewentualnie bywa tak, że spotkania z tymi osobami mają swoją specyficzną dynamikę i przechodzą w atmosferze od sztywności stopniowo do pewnego, nawet miłego rozluźnienia. Różnie bywa. To, co mi ostatnio przemknęło przez głowę, to to, że w takich troszkę trudniejszych relacjach nawet nie chodzi o to, że mam uczucie, że dane osoby zachowują się w taki sposób, który mi nie odpowiada, czy szczególnie źle odnoszą się do mnie, tylko raczej chodzi o to, że nie podoba mi się to, jaka ja sama staję się przy tych osobach. Nie podoba mi się ta maska, którą zakładam. Nie podoba mi się ta osoba, którą się staję. Zaczęłam się zastanawiać czemu tak jest? W przypadku rodziny, czy osób, z którymi nie jest się blisko, ale nasze życie jest mocniej związane z nimi z innych względów trudno zmienić maskę momentalnie. Założyć sobie, że od następnego spotkania będzie się innym, inną. Takie maski kształtowane są przez lata nawyków i schematów zachowań wyuczonych w danym otoczeniu. Jednak ciekawe jest dla mnie to, że można to zmieniać nawet wtedy kiedy wydawało się to niemożliwe. Oczywiście nie od razu, a drobnymi kroczkami. Zauważyłam u siebie, że najlepiej działa na mnie próba rozluźnienia tej maski nie wtedy kiedy już jestem przy danych osobach, ale chwilę wcześniej, np.: w drodze na spotkanie, kiedy czuję, że już zaczynam wchodzić w ten „mood” Zuzy, za którą nie do końca przepadam, a która do tej pory pomagała mi przez dane spotkanie przejść. Myślę wtedy sobie, że chciałabym żeby te osoby zobaczyły mnie z trochę innej strony i że dla wszystkich w gruncie rzeczy wyjdzie to na dobre. Ja nie będę musiała odgrywać tej jednej, znanej już mi roli, a oni zobaczą jaka jeszcze potrafię być. Może dziś opowiem o czymś z mojego życia, o czym nigdy wcześniej nie mówiłam i zobaczę co się stanie? Kombinuję. Staram się poluzowywać trochę sznurki tej maski, która zaczyna mi się przyklejać do skóry. Bo jaki ma sens nakładanie maski, w której i może dogadujemy się z innymi, a oni z nami, ale nie czujemy się w niej dobrze? Nie jest tak, że konkretny styl zachowania wobec osób musi być czymś stałym skoro „działa”. Najważniejsze powinno być pytanie: „czy to na pewno działa dobrze na mnie mnie?”.

Komentarze