O masce

O masce

Ostatnio pomyślałam, że zmiany zachodzące w naszych nastrojach na przestrzeni czasu trwania kwarantanny można opisać na podstawie tego, jak nosimy maski i jak na maski (lub ich brak) teraz reagujemy. To będzie tekst o kawałku materiału, tańczeniu i o ukradkowych spojrzeniach.

Zaczęłam chodzić w masce na kilka dni przed wprowadzeniem obowiązku zasłaniania nosa i ust. Tym samym zaczęłam wzbudzać popłoch ekspedientek w sklepach, ludzi mijających mnie (obowiązkowo, szerokim łukiem) na ulicy oraz sąsiadów mijanych w drzwiach budynku. Kilka dni później trudno było spotkać człowieka idącego ulicą bez maski. Widok, który budził niepewność stał się normą. Wtedy już wszyscy tańczyliśmy ten dziwny taniec uników. Okrążaliśmy, odsuwaliśmy się, ustępowaliśmy miejsca, przechodziliśmy na drugą stronę ulicy. Wchodziliśmy na trawnik. Pełni napięcia odwracaliśmy wzrok. Byle szybciej do domu.

W końcu zaczęliśmy patrzeć sobie w oczy. Zrobiło się cieplej. Zrobiliśmy się trochę odważniejsi. Wieczorami na ulicach można było poczuć się prawie normalnie. Wychodziliśmy popatrzeć na drugiego człowieka. Wciąż tańczyliśmy taniec, ale tym razem przyglądając się sobie. Tak jakby to, że z całego arsenału możliwości mimicznych możemy użyć tylko oczu sprawiło, że przestaliśmy bać się tego przypadkowego kontaktu wzrokowego.

Teraz już nie chce nam się tańczyć. Trwa to zbyt długo, zaczęliśmy zapominać sens kroków. Zbliżamy się do siebie, coraz odważniejsi, a może tylko coraz bardziej znudzeni. Po co dodatkowo utrzymywać dystans skoro i tak jesteśmy pozasłaniani? Coraz częściej można zauważyć nosy wystawione z nonszalancją nad materiał maski. Maska pod nosem, maska na brodzie. Maska na czole, maska powiewająca swobodnie zawieszona na jednym uchu. Who wore it better?

Odważniejsi rezygnują z masek. Skoro do tej pory nic mi się nie stało, to czemu teraz ma mi się coś stać? Widzę ich przez okno. Mijam na ulicy. Patrzą obojętnie. Już nie tańczą.

Komentarze