O ilustracji

O ilustracji

To jest tekst, który powstał w ramach wyzwania grupy Dziewczyny Maszyny (polecam zajrzeć na ich grupę na fb lub instagram) i publikowałam go na moim instagramie, ale chciałam go też zapisać tutaj, bo poruszany przeze mnie w nim temat dotyczy bardzo ważnej części mojego życia!

Temat wyzwania brzmiał „Początek” więc pomyślałam, że to dobra okazja żeby napisać o początkach mojego rysowania. Może nie tyle rysowania, bo ta historia mogłaby zakończyć się na stwierdzeniu „rysuję odkąd umiem utrzymać ołówek”, co o początkach mojego myślenia o tym, że rysowanie mogłoby być jedną z rzeczy, które chciałabym robić w życiu zawodowo. Zaczęłam o tym myśleć dość wcześnie. Mając kilka lat i nie umiejąc rozwinąć jeszcze skrótu ASP, ale wiedząc, że uczą się tam artyści powtarzałam rodzicom, że „chcę iść na ASP”. Jednak mając 17 lat doszłam do dwóch wniosków – po pierwsze stwierdziłam, że mimo wieloletnich lekcji rysunku nie ma szans na to żebym dostała się na tę uczelnię (pozdrawiam chroniczny brak pewności siebie i jedną z prowadzących zajęcia rysunku, absolwentkę ASP, która stwierdziła kiedyś, że z moim spokojnym usposobieniem, to na ASP mnie „zjedzą” – i profesorzy, i inni studenci), po drugie w moim mieście nie był dostępny kierunek, na który chciałabym zdawać (ilustracja), a wyjeżdżać nie chciałam. Z początku było mi przykro i jakiś czas chodziło za mną uczucie, że się poddałam, ale postawiłam na swój plan B i zdałam na historię sztuki, w której byłam zakochana. Z tyłu głowy miałam myśl, że to jeszcze nie koniec mojej przygody z ilustracją.

Na drugim roku pisałam poprawkę z Myślenia Krytycznego, a po oddaniu pracy zaczęłam rozmawiać z wykładowcą i w którymś momencie wypłynął temat tego, czym każde z nas zajmuje się po godzinach. Gdy powiedziałam o tym, że rysuję zapytał mnie, czy mógłby zamówić u mnie kilka ilustracji na swoją stronę, bo właśnie szuka kogoś, kto mógłby zilustrować pisane przez niego artykuły. To był drugi raz w moim życiu, a pierwszy w dorosłym kiedy ktoś zaproponował mi zlecenie zilustrowania czegoś (pierwszym moim zleceniem było zilustrowanie książki z ćwiczeniami w klinice, do której jeździłam na rehabilitację kręgosłupa). Niewiele myśląc zgodziłam się (i choć później bardzo się denerwowałam, że moje ilustracje okażą się nietrafione – podstawowa myśl, wiadomo – wszystko skończyło się bardzo dobrze).

Mimo tego sukcesu towarzyszyła mi myśl (lub powiedzmy wprost – dobry przyjaciel wielu z nas, czyli imposter syndrome), że kogo ja tu oszukuję, przecież nie mogę być ilustratorką nie mając na to papierów uczelni i że skoro nikt wykształcony nie zweryfikował moich umiejętności, to że się nie liczą. Jednym z przełomowych momentów, które zaczęły neutralizować we mnie to przekonanie była wiadomość od mojej przyjaciółki, która zapytała, czy mogłabym wykonać ilustrację do artykułu dla magazynu, w którym pracuje, bo ilustrator, który miał to zrobić wykruszył się w ostatnim momencie (trudno zapomnieć tę ilustrację, ponieważ dotyczyła wyborów prezydenckich w USA, które miały odbyć się parę miesięcy później, w 2016 roku). Potem była kolejna ilustracja i kolejna, a nawet zlecenie na okładkę albumu muzycznego. Zaczęłam oswajać się z myślą, że może jednak bycie ilustratorką jest w moim zasięgu. A pewność, że takich osób jak ja „bez papieru” jest więcej dało mi przeczytanie książki „Nie ma się co obrażać. Nowa polska ilustracja”, w której niemal co druga z osób, które już wcześniej kojarzyłam i podziwiałam, z którymi przeprowadzano wywiad mówi, że ma inne wykształcenie niż artystyczne. Da się i tak? Najwyraźniej. Chyba najważniejszą myślą w tym miejscu jest to żeby jednak nie porzucać marzeń oraz rzeczy, które się kocha. I że choć po drodze bywa mega trudno i nie uniknie się przygniatających momentów, to te pozytywne cieszą trzy razy bardziej niż te negatywne smucą.

Komentarze