Wyspa izolacji i bycie "babą"

Wyspa izolacji i bycie

Miałam ostatnio taką refleksję, że przez to całe życie w izolacji i przez to, że od dłuższego już czasu większość z nas nie oddala się od domu dalej niż na 500 metrów (przynajmniej ja, bo najdłuższy dystans jaki pokonuję raz na tydzień to właśnie droga do piekarni oddalonej o dwie przecznice) rzeczywistość zaczyna nabierać takich…staro-wiejskich barw. Nie wiem, czy to jest dobre określenie, zaraz wyjaśnię o czym myślę.

Żyjemy sobie na niedużych wyspach naszych osiedli, nie oddalamy się od domu, chyba że w ważnej sprawie. Patrzymy co dzień na ten sam widok z okna, na tę samą drogę, przy której stoją nasze domy. Ostatnio gdy wyszłam wyrzucić śmieci (to już samo w sobie jest interesującą wyprawą, a co dopiero gdy towarzyszy temu jakieś specjalne zdarzenie jak zobaczenie psa sąsiadów hasającego po trawie) doznałam flashbacku z lekcji polskiego w liceum (co nie zdarza mi się często) – przypomniał mi się Reymont i jego „Chłopi”. Pomyślałam o tych wszystkich chatach stojących przy jednej długiej drodze. O babach i dziadach przed chatami obserwujących drogę i to jak bardzo nic się na niej nie dzieje (a gdy z rzadka dzieje się choćby niewielkie „coś”, urasta to do rangi wydarzenia).

Trochę jestem teraz taką babą ze wsi sprzed lat, której już dawno nie ma. Wypatruję przez okno „cosiów” i dzielę się nimi z bliskimi. W nocy przed domem wykopano dołek, rano podjechała biała furgonetka, wyhamowała na trawniku, wyskoczyło z niej dwóch panów, którzy posadzili w dołku drzewo i odjechali z piskiem opon. Mówię wam, to było dopiero coś.

Komentarze