Jak się "opowiadasz"?

Jak się

Parę lat temu wyjechałam z przyjaciółką na kilka dni w góry. Mieszkałyśmy wtedy u kobiety, która dość szybko zwróciła naszą uwagę pewną szczególną cechą. Otóż miała w bardzo konkretny sposób zbudowaną historię dotyczącą swojego życia i lubiła ją opowiadać. Można powiedzieć w tym miejscu – ale kto nie opowiada takich z życia wziętych anegdot (zwłaszcza, gdy wchodzi w rolę gospodarza mieszkających u niego gości)? Jednak w tym przypadku nie były to zwykłe anegdoty. Odnosiłyśmy wrażenie, że nasza gospodyni ma bardzo dobrze przemyślaną narrację dotyczącą swojego życia, swojej drogi z dużego miasta na wieś (na której to drodze spotkało ją wiele szczęśliwych oraz nieszczęśliwych przypadków). Jasne było, że nie opowiada jej pierwszy raz. Z historii wybrzmiewało też wyraźnie to jakie cechy jej i jej męża pomogły im osiąść w końcu w tym wymarzonym przez nich kawałku świata i rozwijać się w takim życiu, jakie obiecali sobie wieść. Pewność siebie i entuzjazm, które biły z opowiadającej budziły mój podziw, ale i lekki niepokój (to drugie wynika zapewne z mojej natury osoby poddającej wiele słyszanych rzeczy pod wątpliwość). Trudno powiedzieć, czy życie tamtej kobiety faktycznie składało się w harmonijną układankę. Pewne jest jedno. Miała kontrolę nad narracją, którą się otaczała.

Historie mają wielką moc. Każdy z nas zanurzony jest w historii, która ciągle na niego oddziałuje, choć na co dzień pewnie nie zdajemy sobie z tego tak bardzo sprawy. To historia naszego kraju, historia naszej rodziny, historia naszych przeżyć, doświadczeń oraz naszych przekonań o nas samych.

Zawsze interesowały mnie historie, które mają do opowiedzenia ludzie. Po części dlatego, że po prostu lubię ich słuchać, a po części dlatego, że nieodmiennie stanowią świetne źródło inspiracji. Wiele z moich rysunków powstało pod wpływem usłyszanej opowieści.

Jednak to, o czym chciałam napisać, to rzecz, która coraz częściej zwraca moją uwagę. Zdarza się tak, że w tej naszej narracji, w tym, jak „siebie opowiadamy” znajdują się elementy, które choć są w tej opowieści od lat i choć kiedyś były ważne i prawdziwe, to teraz nie mają racji bytu. Cechy, które mieliśmy, ale już od dawna nie mamy (lub nie w takiej samej formie), przyzwyczajenia, które kiedyś bardzo dobrze nas opisywały, ale teraz…? No właśnie. Czemu nadal określamy się jako takie, czy inne osoby, choć już dawno jesteśmy inni? Siła zanurzenia w historii i bezrefleksyjne poddanie się wpływowi przeszłości. Sama mam w sobie takie rzeczy, takie wątki tej „narracji o sobie”, z którymi muszę trochę walczyć, bo czasem po prostu hamują mój rozwój. Do niedawna nie zastanawiałam się nawet jak szkodliwe mogą być i jak realnie mogą wpływać na podejmowane przeze mnie decyzje. Nie zrobię tego, bo nie jestem dobra w tym, czy tamtym. Nie pójdę tam, bo o wiele lepiej czułabym się w innym otoczeniu. Nie porozmawiam, bo zawsze byłam nieśmiała. I to nie chodzi o strefę komfortu i wychodzenie poza nią. Chodzi o zauważenie, gdzie ona faktycznie przebiega i czy nie trzymamy się z przyzwyczajenia tego, co kiedyś nią było. Trzeba mi było wielokrotnie powtarzać, że chwilami to co robię i to co o sobie mówię zupełnie sobie przeczy, żebym w końcu się nad tym zastanowiła.

Oczywiście zauważenie takich „nieścisłości” to pierwszy drobny krok, po którym czeka człowieka cała masa pracy nad sobą i wygrzebywania się ze swoich przekonań o sobie, które już dawno straciły datę ważności. Jednak myślę, że warto go zrobić. A ty, jak się „opowiadasz”?

Komentarze